Niemy krzyk rozchodzi sie echem wewnatrz obijajac o poranione komory serca
Cialo przechodzi dresz po dreszczu niby nic, jednak czuc
Cos czuje, cierpienie milosc skrajnosc jednosc? mozliwe
czyz nie jestesmy samobojcami, kiedy serce nakazuje milczec w obliczu potrzeby krzyku?
Czyz nie jestesmy wszyscy po to by wzajemnie sie poswiecac?
Poswiecenie jest niczym obustronne wzajemne samobojstwo w jakiejs intencji inaczej zwana milosc, czymze milosc zasluzyla sobie na miano smierci? czyz nie powinno byc o wiele inaczej? marzenia wspolne? marzyc dzis mozna o wspolnym snuciu marzen a dazenie do nich jest niczym pierwsze ukazanie teorii Darwina, przesmiewcze, pisze, choc nie wiem o czym, o bolu? nie szukam wspolczucia, o szczesciu? nie szukam juz, choc czasem czuje sie wciaz zagubiona w labiryncie przepelnionym zludzeniami to tu to tam a i tak w slepym zaulku odnajdywalam spokoj, w ciemnosci cieplo, z dala od ludzi, ktorzy widzac me nieprzeniknione spojrzenie, utajone uczucia, stworzyc kolejnego frankensteina pragneli, mordowac mialam, wiec serce otwarlam, nadzieja zyc zaczelam, ze ktos dostrzeze, ze jest prawdziwe, ze sklonne cierpiec samobojcze zostac, by wiara w ludzi nie umarla, bo ktos by uratowal i mnie, ale coz mi z tego, skoro kiedy upadam, kiedy wolam o pomoc, ktos cierpi zamnie, zostawiajac mnie w pieprzonym poczuciu bezsensu istnienia, bledne pierdolone kolo z zawisci zazdrosci i pierdolonego egoizmu tloczone, jebana karuzela pomylek, niedomowien, klamstw tajemnicami nazwanymi, chcialabym umiec jeszcze marzyc, kiedys marzylam, nie wiem co gorsze, niespelnione marzenia, czy te krore juz sie spelnily gdy krwawie cicho przed jebana niepewnoscia jutra, chhyba juz jestem tym zmeczona, chyba to sie nie udaje, chyba wolalabym spac, bo nieraz jestem zbyt swiadoma nieszczescia obok mnie, na cholere mi to wspolodczuwanie, po co mi te zdolnosci? dlaczego to ja mam uspakajac, kiedy sil nie mam juz nawet na udzwigniecie kolejnego noza w plecach przebijajacego kolejny skrawek mego serca a w nim wiary w ludzi, w to, ze ktos mnie zapamieta, mnie, moje oczy ktore nie malo lez wylaly, pokaleczone kolana i zdarte nadgarstki, czemuz by to mu sluzyc mialo? prawde mowie o sobie zawsze, wiec powtorze, po to bo ktos kurwa musi, by inny nie musial tak sie obijac, bo nikt nie jest idealny, ale nie kazdy wstanie, moze marze o czyms jednak? marze, by ludzie przypomnieli sobie kim sa, jacy byli, co dla nich wazne bylo, dlaczego teraz zamykaja sie w coraz mniejszych pudlach doprowadzajac do skrajnego oblakania i skacza z mostu krzyczac ze zycie jest chujowe, bo juz nie wierza ze to co naprawde nie jest urojone, heh, czuje sie czesto jak pierdolone urojenie, jebana halucynacja po przedawkowaniu kwasow, ktora nie znikajac, staje sie pieprzona kostucha ... a ja wierze, ze kiedy dam komus troche ciepla, zrozumienia, poswiecenia, to kiedys poznam to bezwarunkowo od kogos, co siejesz zbierzesz? chyba nie w tym przypadku, to chyba nie takie zle, czuc cos wiecej niz bicie serca wlasnego, moje jest chyba rozstrojone, bo nie potrafi sie na dlugo zgrac, predzej czy poizniej drugie obok zastanawia sie czy to naprawde, czy poprostu falszuje przez brak checi zamaskowanymi falszywym oddaniem.. czy naprawde dzis szczerosc jest traktowana jak wyrok na stryczek?
milczenie owiec, szkoda, ze moje milczenie jest mym najglosniejszym krzykiem, dopoki moge cos powiedziec... a moze chce miec jednak cos pieknego do powiedzenia i sama sie oszukuje ze mam? pierdolenie. ale co zrobic, kiedy milczac za dlugo mozna zabladzic posrod mysli nie swoich zapominajac ze sercem miloscia sie jest i empatia sie rozumie wszystko, bo kazdy rani siebie i wszystkich myslami, mysli jak noze, bron w ustach przerazonych? przerazenie me dobiega z kazdym nacisnieciem klawisza, nie wiem co zrobilabym, gdyby ludzie odczytali te slowa, nie udzwignelabym juz tego ciezaru, latwy kasek, NIE PODDAM SIE.
Nie poddam bo wierze, ze warto, ze to ma jakis sens, to pierdolone cierpienie i ludzenie sie gdzies ma jakis pieprzony sens, wierze w to gleboko, i czuje ze postepuje slusznie nawet kiedy te chwile nie do opisania lekkosci ducha i serca przepelnionego szczesciem sa tak bardzo na chwile, to ISTNIEJA i SA NAPRAWDE, co daje nadzieje... tylko na co nadzieje, skoro juz nawet niczego nie chce, marzenia sa dobierane ostroznie, by przypadkiem nie wymknely sie z mego wnetrza na zewnatrz na pozarcie hienom . Milosc - PIEPRZONA SKRAJNOSC, BEZ KTOREJ NIE MOZNA ZYC.... dlatego wierze, ze to moje ostatnie wyznanie z glebi serca, nie potrafie zmienic nic, nie potrafie po prostu kurwa nie potrafie, nie nadaje sie na osobe ktora ma cos pieknego do powiedzenia, dostaje za to nozem w samo serce, z czystej pieprzonej zawisci i zazdrosci.. o co kurwa, ze nie prosilam o to by urodzic sie czlowiekiem i dazyc ciezkim zapierdalaniem w pogoni za marzeniami? ze nie prosilam o dar jakim jest empatia jaka zyje? nie poswiece siebie dla ludzi, nie spale sie jak kometa... nie jestem godna by wierzyc w to, ze potrafie cos kurwa w ludziach obudzic.... nie tutaj, gdzie ludzie krwawia swoja pasja, a wiara i nadzieja czesciej niz latarnie gasna... podajcie tlen, reanimacja trwa.... chetnie porozmawiam o czyms innym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz